X [REM]

Cztery dni zajmuje Marcelowi wygrzebanie się z łóżka po naszej szpitalnej przygodzie. Co rano zostawiam jego ojcu wiadomość w drzwiach. Kartki znikają regularnie, więc pozwalam sobie na tymczasowe odpuszczenie tego jednego zmartwienia – czy Hutyra nie zapił się jeszcze z żalu. Z żalu po tym, co stracił i do tego, co mu pozostało. Niedługo trzeba będzie w końcu coś z tym zrobić. Może nawet mam pomysł co. Ale nie stanie się to dziś, ani pewnie też nie jutro. Patryk robi się coraz mocniej humorzasty, cichy. Mimo że zawsze był czujny, teraz zupełnie nic nie umyka jego uwadze. Czasem wydaje mi się, że słyszę jak w środku nocy wstaje, by sprawdzić czy drzwi do mieszkania na pewno są zamknięte. Nasze życie zaczyna zmieniać się na kilku polach jednocześnie, a ja chyba nie potrafię żadnego z nich z powodzeniem wyhamować. Szczególnie, kiedy nie do końca rozumiem, co właściwie się dzieje. Staram się nie myśleć o broni, którą Pat nosi za paskiem – zawsze niewidoczną. A jednak za każdym razem, kiedy się ode mnie odwraca wędruję oczami w kierunku jego pleców i nie mogę nie zauważyć, że koszulka nie zagina mu się na wysokości krzyża, jak każdemu mężczyźnie z jego postawą. Koszulka Patryka to prosta ściana zbudowana ze szczupłych, twardych pleców i pistoletu wetkniętego za pasek od spodni. Sześć lat temu Pat był zbuntowanym, skrzywdzonym chłopakiem. Rok później był zbuntowanym, skrzywdzonym chłopakiem walczącym o życie swojej żony. Przez kolejny rok zmężniał i stało się z nim coś dziwnego, czego nie potrafiłam jednoznacznie określić. Do czasu, kiedy nie zobaczyłam go przy kuchennym stole, ze spokojem czyszczącego broń. Wtedy zrozumiałam, że od śmierci Bety, jedynej osoby na świecie, którą ten człowiek szczerze kochał, krew Patryka Daryna jest chłodna. A co to dokładnie oznacza, na razie wolę się nie zastanawiać. Tym bardziej staram się nie zastanawiać, gdzie Pat nauczył się tak sprawnie posługiwać pistoletem… i czego jeszcze się nauczył, gdziekolwiek i z kimkolwiek to było. Dzisiaj skupiam się na tym, co potrafię choć trochę kontrolować – na Marcelu.

Jak w każdy szkolny dzień, kiedy Mały akurat nie choruje i dla odmiany spędza noc we własnym domu, budzą mnie dźwięki niezgrabnego manewrowania kluczem w drzwiach, po którym nadchodzi nieuchronne…

– Naleśniki!

– Kurwa… – słyszę jęk Patryka: niski, zachrypnięty, poirytowany – codzienny.

Zwlekam się z łóżka, naciągam na siebie mocno przydługą bluzę z kapturem i wychodzę do przedpokoju na spotkanie z naszym porannym potworem.

– Dzisiaj po szkole czekasz na mnie w świetlicy – mówię zamiast powitania, chcąc mieć jak najszybciej za sobą to, co nadejdzie za chwilę. Marcel, jak każde zdroworozsądkowe dziecko nienawidzi świetlicy.

– Zapomnij, Mi. Mam tylko dwie lekcje. Nie będę cały dzień kiblował tam i grał w durne Uno z durnymi dzieciakami.

Nie jest to reakcja, której nie mogłabym się spodziewać.

– Jak to dwie lekcje?

– Dzień nauczyciela – odpowiada, dodając wzruszenie ramion.

 Dzień nauczyciela. Ja pierdolę, ci to mają życie… Zanim zdążę wytoczyć jakiekolwiek argumenty, nie to żebym miała coś solidnego na cały dzień nudy i gry w Uno, Marcel udaje się do kuchni i nie martwiąc się o nic, zaczyna wyciągać kolejne naleśnikowe produkty. Jakby nasza rozmowa w ogóle nie miała miejsca. Widać, nawet nad nim nie mam już kontroli.

– Nie jego pierwszy i nie ostatni raz, Mi. Dobrze wiesz, że dzieciak potrafi sam o siebie zadbać.

Kiedy Patryk postanowił wywlec swoje skacowane cztery litery z pokoju – nie mam pojęcia. Wiem za to, że odezwał się w zdecydowanie nietrafionym momencie. Czuję jak emocje cisną mi się do oczu jak zastrugane kredki. Mam dosyć tego, że wszystko wymyka mi się z rąk.

– Może to prawda, Pat. Ale to nie jest normalne, żeby dziewięciolatek musiał sam się sobą zajmować przez cały dzień. A ja dzisiaj potrzebuję utrzymać przy życiu każdą najmniejszą iluzję normalności, jaka nam została, więc namyśl się dobrze, zanim znów coś powiesz. I jeśli nie odezwiesz się po to, by pomóc mi zorganizować opiekę dla Marcela do czasu mojego powrotu z pracy, to oszczędź nam obojgu cierpliwości i nie odzywaj się wcale.

Jego nieprzejednane spojrzenie zatrzymuje się na mnie na sekundę, dwie, trzy…

– Zadzwoń do Doktorka – mówi w końcu, jakby to było takie proste. On też zostawia mnie samą sobie i dołącza do Marcela, który stoi właśnie przed otwartą szafką z głową wściubioną między półkami, zapewne w poszukiwaniu mąki.

– Chowaj to mleko, Mały. Dzisiaj robimy męskie śniadanie.

Głowa Marcela powoli wynurza się z wnętrza szafki i coś nowego, czego dotąd nigdy nie widziałam zapala się w jego oczach, kiedy pyta:

– Męskie śniadanie?

– Jajecznica na boczku, szczypiorek…

– Kawa? – zgaduje Mały, wciąż z tym samym światełkiem w oczach.

– Za cztery lata, Kolego – mruczy ze spokojem Pat. Na jego usta wkrada się uśmiech, którego też wcześniej nie znałam. Jakby rzeczywiście mieli się spotkać w tej samej kuchni, by zjeść kolejne „męskie śniadanie,” tym razem popijając je kawą. Uśmiech opiekuna.

– Za sześć – wtrącam się, zanim zdąży wzruszyć mnie ta scena. – Kawa dla ciebie, Marcel, zacznie istnieć za sześć lat.

Powiedziawszy, co miałam do powiedzenia, kieruję się w stronę łazienki. Dlatego też nie zauważam, że Pat puszcza do Małego porozumiewawcze oko i układa usta w nieme „za cztery.”

 

Kiedy Rem nie odpowiada po drugim sygnale, coś zaczyna ściskać mnie w żołądku, ale obiecałam sobie, że poczekam co najmniej do trzeciego, więc…

– Stokrotko?

– Musisz mi w końcu wytłumaczyć, skąd wzięła się ta kwiecista ksywka – nie miałam najmniejszej intencji zaczynać tej rozmowy od cwaniackiej odzywki. Szybko próbuję zmienić ton w nadziei, że jakoś uda mi się zatuszować moje kolejne szorstkie powitanie: –  hej, Rem.

Przez moment nie dzieje się nic ani po mojej, ani po jego stronie. Już mam wydusić z siebie jakieś naprędce sklejone wyjaśnienie, kiedy wprost do mojego ucha wpada gromki, męski i bardzo przyjemny w brzmieniu śmiech, który wbija mi stopy w podłogę. Na tę jedną chwilę, odliczaną śmiechem Remigiusza Wernera, moje zmartwienia tracą na znaczeniu.

– Dzwonisz, żeby się ze mną przekomarzać czy wyszeptać mi słodkie „hej, Rem” na dzień dobry? – pyta, wciąż z wesołością w głosie. – I zanim odpowiesz, Stokrotko, musisz wiedzieć, że obie opcje mi pasują.

Obie opcje mi pasują. Świetnie, co mam zrobić z takim zaproszeniem, kiedy dzwonię, żeby kolejny raz o coś go poprosić?

– Marcel idzie dzisiaj do szkoły tylko na dwie lekcje i nie mamy go z kim zostawić w ciągu dnia. Ja kończę pracę dopiero po piątej a Pat ma jakieś swoje sprawy i-

Zanim zdążę się na dobre rozkręcić, przerywa mi (nadal) rozbawiony:

– Czyli dzwonisz w twojej zwyczajnej sprawie, bo potrzebujesz ode mnie czegoś dla kogoś.

Po sześciu latach nie proszenia nikogo o nic to staje się dla mnie już nie tylko niewygodne, ale powoli też upokarzające.

– Zapomnij, że dzwoniłam. Na pewno coś wymyślę. Cześć.

– Michalina – zatrzymuje mnie, kiedy już trzymam kciuk na klawiszu kończącym połączenie, – za chwilę muszę wyjechać z miasta na cały dzień, ale jeśli to nie problem, że Mały opuści dwie lekcje, mogę go zabrać ze sobą.

Wzdycham. Skąd na tym zasyfionym świecie biorą się jeszcze tacy faceci?

– Dwie lekcje to nie problem, ale jeśli masz do załatwienia coś ważnego, może targanie ze sobą dziewięciolatka to nie jest najwygodniejszy pomysł.

– Zwróciłaś się do mnie po przysługę. Ja ci ją oferuję w takiej wersji, w jakiej to dla mnie możliwe do zrealizowania. Mam po niego wpaść czy nie?

Mam wrażenie, że mówi do mnie, jak do dziecka – powoli i z wymuszonym spokojem. Założyłabym się, że wzrokiem szuka cierpliwości na suficie pomieszczenia, w którym właśnie się znajduje. Wzdycham drugi raz, bo to jest sytuacja, kiedy naprawdę warto westchnąć dwa razy, po czym mówię:

– Będzie gotowy za dziesięć minut.

– Będę u was za piętnaście – odpowiada i rozłącza się zanim zdążę podziękować.

Odłożywszy telefon do torebki, zaczynam szukać portfela, by dać Małemu jakieś pieniądze na obiad.

– Nie idę dzisiaj do szkoły? – słyszę go tuż nad uchem i podskakuję, zaskoczona jego nagłą obecnością tak blisko. Zawartość torebki naprawdę potrafi pochłonąć uwagę kobiety.

– Nie, Chłopaku. Spędzisz dzień z Remikiem, może być?

Widzę, że się cieszy i widzę też, że męskie śniadanie odbyło się w pakiecie z pogadanką Patryka na temat opanowania, bo Mały z całych sił próbuje powstrzymać ręce przed wystrzeleniem w powietrze w zwycięskim geście radości.

– Spoko, może być – mówi głosem, który zapewne miał zabrzmieć chłodno i obojętnie, po czym kieruje na Patryka spojrzenie nieśmiało poszukujące aprobaty.

Pat uracza go pojedynczym skinieniem głowy, nie zmieniając ani o nutę swojego chłodnego i obojętnego wyrazu twarzy. Świetnie. Teraz mam dwóch twardzieli do okiełznania pod jednym dachem.

Po kwadransie rozbrzmiewa dzwonek do drzwi. Przez chwilę nikt z nas nie reaguje. To jest tak rzadki dźwięk w tym mieszkaniu, że chyba wszyscy potrzebowaliśmy sekundy, by skojarzyć go z przyjazdem Remika. Kiedy wstaję, by mu otworzyć, kątem oka zauważam, jak Patryk przywołuje do siebie Marcela pojedynczym szarpnięciem głowy.

– Zdecydowałem, że ponieważ nie jest to przysługa medyczna, nikomu nic nie krwawi, nikt nie stracił przytomności i wszyscy mamy właściwą temperaturę ciała, zażyczę sobie coś w zamian – mówi Rem zamiast powitania. Stoimy naprzeciw siebie, on po jednej, ja po drugiej stronie progu. Patrzy na mnie totalnie rozluźniony, jakby codziennie ucinał sobie pogawędki z ludźmi, którzy nie przepuszczają go przez próg swojego mieszkania.

– Co takiego? – pytam, choć i tak wiem, że cokolwiek by to nie było, zgodzę się chociażby za samą jego fatygę tutaj.

– O tym akurat jeszcze nie zdecydowałem – uśmiecha się i wymija mnie, wpraszając się do środka bez cienia zawstydzenia, po drodze płynnie zmieniając temat: – Jedziemy do Izabelina odwiedzić moją mamę. Ma duży ogród, Małemu się spodoba. A ona ucieszy się na każde towarzystwo.

Ostatnie zdanie wypowiada gorzko i cicho, jakby niosło jakiś ukryty żal, którego nie zamierzał wypowiedzieć na głos. Dziwne.

Wchodzimy do kuchni, obserwując jak Patryk, nachylony nad Marcelem, szepce mu coś do ucha. Cokolwiek to jest, z sekundy na sekundę oczy Małego wytrzeszczają się coraz mocniej w przerażeniu albo zdziwieniu – trudno powiedzieć, po czym znikają kompletnie za zaciśniętymi powiekami i skrzywionym z obrzydzenia wyrazem twarzy. Po tej tajemniczej scenie, Marcel wita się z Remikiem ze zdecydowaną rezerwą. Próbuję nie wkładać w to szczególnie martwiącego znaczenia, mimo że instynkty machają mi przed nosem czerwonymi flagami.

– Idźcie już – mówię, licząc, że zapobiegnę niezręcznej konfrontacji Patryka z naszym bohaterem dnia. Obaj mierzą się spojrzeniami, które komunikują coś, o czym ja najwyraźniej nie mam pojęcia. W końcu Pat przytakuje niemal niezauważalnie i jakby nigdy nic wychodzi z domu, po drodze zgarniając klucze z komody w przedpokoju. Chwilę później odprawiam Marcela z Remikiem, który oczywiście nie chce mi powiedzieć, czego dotyczył ten milczący męski pakt. Zostaję sama, dając sobie dziesięć minut na poranną kawę i zebranie myśli przed tym niewątpliwie ciekawym dniem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s