XI [REM]

Stoję naprzeciw czarnych, przeciwwłamaniowych drzwi z numerem 78. Drzwi, które w każdym aspekcie przypominają właściciela tego, co się za nimi znajduje. Z jednej strony są solidne i nieco onieśmielające, z drugiej jednak nie pozostawiają wątpliwości, że ich ochrona jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Zamyślam się nad elegancją połyskującą ze smukłej siódemki i obietnicy oddania, zakodowanej w znaczeniu drugiej cyfry, kiedy nagle cały mój obiekt analizy znika z pola widzenia i moim oczom ukazuje się Remik. Wygląda na poważnie zmęczonego, ale chyba bardziej nerwowo niż fizycznie. Jest jakiś… zrezygnowany? 

– Hej – mówi, jakby z ulgą, po czym odwraca się i zupełnie traci mną zainteresowanie. Rozglądam się. Poza łazienką całe jego mieszkanie to jedno ogromne studio. Otwarta kuchnia z prawej strony przechodzi w salon z częścią jadalną. Ciekawe czy kiedykolwiek wszystkie krzesła przy tym ośmioosobowym stole były zajęte w jednym czasie… Na środku oczywiście znajduje się ołtarz współczesnego singla, czyli telewizor, Play Station 3, pięcioelementowy system błyszczących głośników i komplet wypoczynkowy. Staram się nie zatrzymywać uwagi na wnęce sypialnej, która zapewne pierwotnie była osobnym pomieszczeniem. Każdy kąt tej przestrzeni jest niesamowicie doświetlony. Praktycznie cała frontowa ściana składa się z okien, a jedno z nich to wyjście na balkon wielkości mojego pokoju.

– Gdzie Marcel? – pytam, bo naprawdę trudno byłoby go tu przeoczyć.

– W łazience – mruczy beznamiętnie Rem, włączając ekspres do kawy.

O co tu chodzi?

– Źle się czuje?

Zaczynam się niepokoić i wizja Małego rzygającego w toalecie przemyka mi przez głowę.

– Wątpię – wypuszcza z siebie poirytowane prychnięcie, – Obraził się na mnie sekundę po tym, jak wyszliśmy z waszego mieszkania. I nie pytaj mnie za co, bo nie mam pojęcia. Cały dzień stawałem na głowie, żeby mi odpuścił, ale twój dzieciak jest twardy.

– Co zrobił?!

Marcel to najbardziej przystępne dziecko, jakie znam. On chyba nawet nie wiedziałby, co się robi, kiedy jest się obrażonym. Chyba, że…

– Mówiłam ci, żebyś go nie okłamywał i nie traktował infantylnie.

– Stokrotko, nie zdążyłem się nawet do niego odezwać!

Oho. Cierpliwość, nawet u zimnego, opanowanego Remika Wernera, ma swoją granicę.

– Mi! – słyszę go zanim orientuję się, że biegnie w moim kierunku i najwidoczniej nie zamierza hamować. Wskakuje mi w ramiona i wtula się mocno. Zaczyna być dla mnie za ciężki, ale nie mam serca odmawiać mu (i sobie) tych okazjonalnych, czułych powitań.

– Podobno jesteś obrażony – mówię mu do ucha, korzystając z okazji, że Rem nie może nas usłyszeć.

– Nie jestem, coś ty.

-…więc? Podobało ci się dzisiaj?

– Jasne, byliśmy u mamy Remika, a ona jest supermądra i ciągle się uśmiecha, i ma świeeetny dom, i kolorowy ogród. Jeździłem takim traktorem i kosiłem trawę, i robiłem różne rzeczy, co nie da się robić w mieście, i…

Odsuwam się tak, by móc zobaczyć wyraz jego twarzy. Obiema rękami trzymam go za ramiona, przyglądając się przez moment jak oczy błądzą mu po suficie, po podłodze – wszędzie, byle nie spotkać mojego spojrzenia. Coś jest nie tak. Nagle przypominam sobie Patryka mamroczącego coś z szyderczym uśmiechem do Małego, tuż przed jego wyjściem z Remikiem…

– Popatrz na mnie – mówię spokojnie, ale twardo. Mija dobre pięć sekund zanim moje polecenie zostaje wysłuchane i dopiero wtedy kontynuuję – zadam ci teraz pytanie, chłopaku i dobrze zastanów się zanim odpowiesz, bo jeśli mnie okłamiesz, nie będziesz mógł tego cofnąć.

Ostatnie zdanie wypowiadam już na głos, chcąc wprowadzić Remika do rozmowy. Tymczasem Marcel zaciska zęby w zdenerwowaniu, nie odwraca jednak ode mnie oczu. Zuch.

– Dawaj.

– Co dokładnie powiedział ci Pat dzisiaj rano, kiedy się z tobą żegnał?

Wzdycha. Wciąż nie załamuje kontaktu wzrokowego, choć widzę, że nie jest mu łatwo miotać się między lojalnością wobec mnie i Patryka. Uwielbiam to dziecko.

– Powiedział – zaczyna powoli, – że Doktorek próbuje ci się dobrać do majtek i że jeżeli się z nim skumpluję, to bardzo mu to ułatwię.

Zanim Mały zdąży postawić niewidzialną kropkę na końcu tego absurdalnego zdania, Rem wybucha gromkim śmiechem. Mnie za to kompletnie paraliżuje myśl, że mój dziewięcioletni twardziel wie, co to znaczy…

– Wiesz, co to znaczy dobrać się komuś do majtek?

– Podejrzewam – krzywi się – to coś z seksem?

Rozluźniam się. Wiedza Marcela o seksie ogranicza się do tego, że robią to dorośli i że to więcej niż całowanie, co w jego wieku wydaje się najbardziej ohydną czynnością pod słońcem. Pamiętam jak jego zainteresowanie współżyciem momentalnie wyparowało wraz z oznajmieniem mu tej oględnej prawdy.

– Tak.

– Nie chcę żebyś uprawiała z nim seks – szepce z miną, jakby wypowiedzenie tych słów na głos miało zbliżyć je do urzeczywistnienia.

– Dlaczego?! – oburza się Rem, załamując wciąż tańczący na jego ustach ślad rozbawienia. 

Marcel obrzuca go zdegustowanym spojrzeniem.

–  Bo to obleśne.

– Przypomnę ci to za pięć lat, chłopaku.

– Za dziesięć – poprawiam mimochodem.

Mały przewraca oczami.

– Okeeej… Mogę już przestać się foszyć? To strasznie męczące i chyba nie za dobrze mi wychodzi – wędruje wzrokiem to do mnie, to do Remika, czekając na pozwolenie. Jakbyśmy to my kazali mu dąsać się przez cały dzień.

– Czyli podobało ci się dzisiaj? – pyta w końcu Rem. Z jego oczu bije jakaś dziwna emocja, której nie potrafię do niczego przyporządkować.

– Jasne, było ekstra! – krzyczy Marcel w podekscytowaniu, zapewne na wspomnienie prowadzenia kosiarki. Wskakuje na plecy Remikowi, który bez wysiłku chwyta go i przerzuca sobie przez ramię. Chwilę później Mały śmieje się do rozpuku od bezlitosnych łaskotek.

Oddycham z ulgą, zakładając, że mam już za sobą kolejną niewygodną rozmowę, którą to nie ja powinnam przeprowadzać. Naraz jednak Marcel sztywnieje, jakby oprzytomniał na myśl o jakiejś przerażającej prawdzie.

– To teraz, kiedy zakumplowałem się z Remikiem, będziesz z nim uprawiać seks?

– Nie – ucinam.

– Tak – mówi w tym samym momencie Rem. Patrzy prosto na mnie bez cienia rozbawienia, wciąż podtrzymując Małego na prawym ramieniu.

  

Resztę popołudnia spędzamy we trójkę, urządzając mały turniej Guitar Hero. Przez cały ten czas próbuję wmówić sobie, że nie czuję się komfortowo, że pierwszy raz od miesięcy nie bawię się świetne, że Remik nie przygląda mi się w zaciekawieniu kiedy myśli, że ja nie zwracam na niego uwagi. W końcu Marcel robi się marudny, a kiedy takie dziecko jak Marcel staje się marudne to znaczy, że jest już poważnie zmęczone.

– Zbieramy się, Mały – zarządzam w końcu, próbując zapobiec katastrofie, jaką byłoby jego zaśnięcie w obcym mieszkaniu, z plastikową gitarą zamiast przytulanki.

– Odwiozę was – proponuje Rem, a ja nie protestuję. Gdzieś, w ciągu ostatnich dni zginęła moja odruchowa oporność na przyjmowanie sympatii tego człowieka.

 

Podjeżdżamy pod naszą kamienicę przy akompaniamencie jedynie cichego pomrukiwania silnika, co niechybnie oznacza, że Marcel zasnął ukołysany w ramionach tylnego siedzenia. Kiedy odwracam się, żeby go obudzić, moją uwagę przykuwa samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Nie jestem pewna, dlaczego wydaje mi się znajomy, dopóki nie wysiada z niego oficer Kozyra z uśmiechem wyższości wymalowanym na zmęczonej twarzy. Zimny dreszcz przeszywa mnie od stóp do głów, mimo że nic jeszcze się nie wydarzyło.

– Stokrotko? – w jego głosie kryje się zaniepokojenie.

Zawsze opanowany, lekko arogancki, wyluzowany Remigiusz Werner okazuje przejęcie na widok policjanta, o którego istnieniu nie powinien mieć nawet znikomego pojęcia.

– Powiedz, proszę, Rem, powiedz, że on nie dowiedział się od ciebie, gdzie mieszkam.

Patrzę na niego wyczekująco, obserwując jak irytacja zaczyna pulsować mu w żyłach. Syczy pod nosem coś, co wydaje się łudząco podobne do „You’re fucking kidding me…,” po czym nasze spojrzenia spotykają się i wszystkie moje wątpliwości ulatują w ułamku sekundy.

– Przez ostatnie miesiące nie zrobiłem nic, n i c  z tego, co powinien zrobić facet na moim miejscu, bo bałem się, że cię spłoszę. Nie dzwoniłem, nie pisałem. Byłem na każde twoje, kurwa, stęknięcie, kiedy tylko coś zaczynało wymykać się spod twojej kontroli. A, umówmy się, prowadzisz dosyć popieprzone życie i pomaganie ci to niekoniecznie łatwe zadanie. Łamałem dla ciebie prawo, Michalina. Szeptanie o tym Kozyrze to byłaby chyba najgłupsza rzecz, jaką zrobiłem odkąd się poznaliśmy.

– Wiesz, kto to jest? – chyba wyczuwa, że nie ma już we mnie kropli podejrzliwości, bo odpowiada nieco spokojniej:

– Policja, wydział przestępczości zorganizowanej. Brałem kiedyś udział w podziemnych walkach. Skąd  t y  wiesz, kto to jest?

– Jemu nie chodzi o mnie… ja nie, ale…

– Ale co?! Chryste, Stokrotko, albo zaufasz mi teraz, albo nie będziesz miała więcej okazji sprawdzić, na jak krótkiej smyczy możesz mnie trzymać! – nigdy wcześniej nie widziałam go tak wyprowadzonego z równowagi. A jednak krzyczy do mnie szeptem, żeby nie obudzić Marcela.

Od miesięcy zwodzę człowieka, który nie podniesie nawet na mnie głosu, bo na tylnym siedzeniu jego samochodu śpi jakieś obce mu dziecko, zapewne szczodrze zaśliniając właśnie tapicerkę. Jestem taka, kurwa, głupia i ślepa.

– Patryk ostatnio zachowuje się dziwnie. Wiem, że bierze udział w jakichś nielegalnych wyścigach samochodowych, ale ostatnio zaczął nosić przy sobie broń, pistolet.

Remik przytakuje powoli, nie okazując najmniejszego przejawu emocji. Nic z tego, co powiedziałam nie jest dla niego zaskoczeniem. Wędruje wzrokiem w stronę Kozyry i beznamiętnie studiuje jego sylwetkę opartą o maskę nieoklejonego, policyjnego samochodu. W końcu odzywa się, nadal cicho:

–  Pojedź z nim.

– Słucham?! – syczę w niedowierzaniu.

Przez chwilę mierzymy się spojrzeniami – ja oburzonym, Rem skupionym, jakby ważył coś w myślach. W końcu wzdycha i tłumaczy, nie tłumacząc tak naprawdę nic:

– Nie mamy teraz czasu, żebym powiedział ci więcej, Stokrotko, – kładzie mi rękę na udzie i ściska w dodającym otuchy geście. – On przyjechał tu, żeby cię przestraszyć. Myśli, że na komendzie zmanipuluje cię do zeznań przeciwko Darynowi. Pojedź z nim i pokaż mu, że źle trafił.

– Ale skąd ty to… ?

Uśmiecha się. Nie mam pojęcia, gdzie w tej sytuacji Remik znalazł powód do uśmiechu, ale tego, co właśnie tańczy na jego ustach nie da się pomylić z niczym innym.

– Wyglądasz jak porcelanowa laleczka – delikatna bezbronna i krucha. W jego oczach jesteś największą słabością Daryna. Jak nie ty go wsypiesz, to kto?

W tych słowach jest tyle bzdur, że nie wiem, od zaadresowania której zacząć mój protest. Zanim jednak zdążę powiedzieć cokolwiek, ktoś dwukrotnie puka w moją szybę. Sekundę później spotykam się oko w oko ze zniecierpliwionym Kozyrą. Biorę głęboki wdech i podejmuję decyzję. Trzymam już rękę na klamce, kiedy Remik przywołuje mnie dziwnie łagodnym tonem. Odwracam się do niego, myślami krążąc już wokół tego, co czeka mnie na komendzie. Jestem tak roztargniona, że nie odsuwam się, kiedy czuję jak chwyta mnie za kark, nie protestuję, kiedy przysuwa mnie do siebie i nie powstrzymuję się od odwzajemnienia pocałunku, kiedy układa swoje usta na moich. Na zewnątrz mój świat praktycznie wali się w jedną spektakularną ruinę, ale tutaj, w tej małej chwili wszystko wskakuje na swoje miejsce.

– You’re a fun date, daisy girl – szepcze Remik, dosłownie śmiejąc mi się w twarz, kiedy obojgu nam brakuje już tchu na kontynuowanie tego absurdalnego pocałunku.

Chcę się dowiedzieć, dlaczego pod wpływem emocji zaczyna mówić po angielsku, ale zanim zdążę uformować odpowiednie pytanie, on zaciska rękę, wciąż spoczywającą na moim karku i ponagla:

– Idź już. I nie martw się o Marcela, zajmę się nim.

Przytakuję, nadal trochę zdezorientowana, po czym wychodzę do mojego walącego się świata. Przełykam ślinę – mięta, papierosy i myśl, że chirurg Remik wie, jak całować.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s